Strumień gorącego powietrza, którym celował we mnie, chyba najbardziej namacalnie dał mi odczuć co czuje i co ma mi do zaoferowania.
Bowiem nikt nigdy nie suszył mi głowy suszarką. I to z własnej woli, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Tak wielkie, że siedziałam z głupim uśmiechem przyklejonym do twarzy i zamknęłam oczy wpadając w błogostan. Dbał by nie suszyć zbyt długo jednego miejsca, by mnie nie poparzyć, trzymał grzywkę by nie wwiała mi się w oczy.
Kiedyś robiło na mnie wrażenie, kiedy facet puścił mnie pierwszą w drzwiach, otworzenie drzwi do auta było równe z cudem a pomoc w założeniu płaszcza o mało nie groził omdleniem. Ale to stało się zwykłe, normalne. Codziennie powtarzane jak mantra, kiedy nawet przy płaszczu wyciągał mi spod kołnierza włosy. Podziwiałam to, ale to nie było dla mnie szokiem. Kultura, szacunek do mojej kobiecości.
Ale kiedy umyłam głowę i powiedziałam, że idę wysuszyć, on po prostu wstał i powiedział "no to chodźmy" i sam podłączył suszarkę i kazał mi usiąść..
Chyba w tej chwili umarłam.
Następnym razem po rytualnym suszeniu wziął szczotkę w dłoń i zaczął szczotkować moje włosy najdelikatniejszymi ruchami na świecie.
Też nie byłam na to gotowa, więc poraz kolejny prawie zemdlałam.
Wyczesał je, odsunął się na pół metra i skwitował "kochanie, masz piękne włosy"
To wybudziło mnie z mojego cudownego świata. Jak moje poszopiałe, wypłowiałe, sianowate włosy moją być piękne?!
I to jeszcze wyczesane prosto po suszeniu, wiecie na pewno jak to wygląda.
Ale nie odezwałam się słowem.
Tak reagowałam na każdy komplement. Milczałam uśmiechając się, bądź czasem dodałam krótkie "dziękuję"
- jesteś piękna
- dziękuję
- jesteś wspaniała
-dziękuję
- masz świetne ciało
- dziękuję
Chociaż za każdym razem miałam milion argumentów, by powiedzieć, NIE, nie jestem. Milczałam.
Pomimo upływu czasu zawsze starałam się dziękować. Byłam zaryczana, według niego byłam piękna. Przecież na chłopski rozum to niemożliwe. Ale on widział mnie inaczej.
I widział mnie tak, jak zawsze chciałam być postrzegana przez osobę, którą kocham.
Czy był to pełny makijaż i nienaganna fryzura, czy jego koszulka i twarz trzy minuty po przebudzeniu - byłam piękna.
Jedyne co- nie wolno było spinać włosów.
Wtedy sam, na początku delikatnym ruchem ściągał mi gumkę z włosów, potem, po czasie robił to ruchem silnym, dominującym. Jak grożący palec - ukażę cię, jeśli będziesz to robić.
A więc potulnie spinałam włosy tylko i wyłącznie do gotowania.
Przy nim stałam się tak spokojna, tak wyluzowana i bezpieczna, że zaczęłam w końcu być i czuć się kobietą. Pozwalać sobie na "kochanie, nie umiem tego zrobić", "kochanie, proszę zrób to bo nie mam tyle siły". Mogłam być pewna siebie i żyć w spokoju, że ja jestem tą słabszą, a on silnym, który trzyma mnie w pionie. Mogłam pozwolić sobie na osłabnięcie, na opuszczenie gardy i po prostu bycie słabiutką kobietką.
Nawet jeśli zrobiłam, czy powiedziałam coś głupiego, uśmiechał się i przytulał mnie. I nie śmiał się ze mnie, nie widziałam w tym wyższości. Po prostu uważał, że to słodkie.
I nie czułam się źle. Nie czułam się źle sama ze sobą.
Nie musiałam codziennie udowadniać, że jestem mądra, silna, niezależna etc.
Mogłam być sobą.
On to wiedział. Wiedział to wszystko, nie musiałam nic udowadniać.
Moje życie odkąd go posiadam stało się pasmem sukcesów. Przede wszystkim w sferze zawodowej, a potem prywatnej.
Nauczyłam się asertywności, braku przymusu i szczerego wyrażenia mojego zdania.
To mi pomogło w pięciu się na szczyt.
Ile może zdziałać jeden ciepły strumień powietrza... :)