Zaskakującym faktem, jest wpływ faz Księżyca na moje samopoczucie. Czasem mam wrażenie, że ta biała kula patrzy na mnie i zwyczajnie nie pozwala mi zasnąć. Sprzyja rozyśaniom na tematy, o których człowiek na co dzień nie myśli, o których po prostu nie pamięta. Są to rzeczy ukryte na dnie naszych serc, w zakamarkach naszych umysłów.
Sytuacje, które nas najbardziej bolały.
Człowiek leży początkowo z zamkniętymi oczami, normalnie, na wznak.
Potem zaczyna się napływ kadrów z przeszłości do naszej głowy, przewija się to jak kiepski film, nie dając wytchnienia. Po czasie już masz skwaśniałą minę i pytasz, dlaczego właściwie muszę o tym myśleć. Przecież wstaję do pracy/szkoły/gdziekolwiek muszę przecież odpocząć.
Nie, on Ci na to nie pozwoli.
Potem już czujesz znajomą kluskę w gardle i zaczynają napływać łzy.
I człowiek zawsze usprawiedliwia wszystko i wszystkich nawet przed samym sobą.
I jest tylko coraz gorzej, wstajesz bo już stan osiągnał najwyższy poziom. Idziesz do okna i widzisz Go jak łypie na Ciebie tym wielkim, białym okiem i masz wrażenie, że sarkastycznie się z Ciebie śmieje mówiąć : " no dzisiaj nie pośpisz". Papieros daje wytchnienie, chłód mrozu owiewa Ci twarz i masz wrażenie, że już jest lepiej,
Zamykasz okno i nie wiesz, czy trzęsiesz się z zimna, czy z nerwów.
Kiedy masz wrażenie, że nikt nigdzie Cie nie rozumie. Że nie ma takiej osoby na świecie, która byłaby w stanie wejść w Twoje buty i poczuć ten ból.
Ból i zawód, kiedy patrzysz na sytuację i po prostu czujesz bezsilność.
Człowiek zawsze sobie poradzi, jakakolwiek by to nie była sytuacja, ile razy poczujesz rozczarowanie i zawód. Pomimo oczu pełnych łez i tak nadejdzie nowy dzień.
Nikt się nie zatrzyma, nikt nie złapie Cie za ręke pytając co właściwie Ci dolega.
Ba, nawet gdyby zapytał przecież powiesz, że wszystko jest wspaniale.
środa, 4 lutego 2015
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Bezsilność to nasz wymysł.
Strumień gorącego powietrza, którym celował we mnie, chyba najbardziej namacalnie dał mi odczuć co czuje i co ma mi do zaoferowania.
Bowiem nikt nigdy nie suszył mi głowy suszarką. I to z własnej woli, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Tak wielkie, że siedziałam z głupim uśmiechem przyklejonym do twarzy i zamknęłam oczy wpadając w błogostan. Dbał by nie suszyć zbyt długo jednego miejsca, by mnie nie poparzyć, trzymał grzywkę by nie wwiała mi się w oczy.
Kiedyś robiło na mnie wrażenie, kiedy facet puścił mnie pierwszą w drzwiach, otworzenie drzwi do auta było równe z cudem a pomoc w założeniu płaszcza o mało nie groził omdleniem. Ale to stało się zwykłe, normalne. Codziennie powtarzane jak mantra, kiedy nawet przy płaszczu wyciągał mi spod kołnierza włosy. Podziwiałam to, ale to nie było dla mnie szokiem. Kultura, szacunek do mojej kobiecości.
Ale kiedy umyłam głowę i powiedziałam, że idę wysuszyć, on po prostu wstał i powiedział "no to chodźmy" i sam podłączył suszarkę i kazał mi usiąść..
Chyba w tej chwili umarłam.
Następnym razem po rytualnym suszeniu wziął szczotkę w dłoń i zaczął szczotkować moje włosy najdelikatniejszymi ruchami na świecie.
Też nie byłam na to gotowa, więc poraz kolejny prawie zemdlałam.
Wyczesał je, odsunął się na pół metra i skwitował "kochanie, masz piękne włosy"
To wybudziło mnie z mojego cudownego świata. Jak moje poszopiałe, wypłowiałe, sianowate włosy moją być piękne?!
I to jeszcze wyczesane prosto po suszeniu, wiecie na pewno jak to wygląda.
Ale nie odezwałam się słowem.
Tak reagowałam na każdy komplement. Milczałam uśmiechając się, bądź czasem dodałam krótkie "dziękuję"
- jesteś piękna
- dziękuję
- jesteś wspaniała
-dziękuję
- masz świetne ciało
- dziękuję
Chociaż za każdym razem miałam milion argumentów, by powiedzieć, NIE, nie jestem. Milczałam.
Pomimo upływu czasu zawsze starałam się dziękować. Byłam zaryczana, według niego byłam piękna. Przecież na chłopski rozum to niemożliwe. Ale on widział mnie inaczej.
I widział mnie tak, jak zawsze chciałam być postrzegana przez osobę, którą kocham.
Czy był to pełny makijaż i nienaganna fryzura, czy jego koszulka i twarz trzy minuty po przebudzeniu - byłam piękna.
Jedyne co- nie wolno było spinać włosów.
Wtedy sam, na początku delikatnym ruchem ściągał mi gumkę z włosów, potem, po czasie robił to ruchem silnym, dominującym. Jak grożący palec - ukażę cię, jeśli będziesz to robić.
A więc potulnie spinałam włosy tylko i wyłącznie do gotowania.
Przy nim stałam się tak spokojna, tak wyluzowana i bezpieczna, że zaczęłam w końcu być i czuć się kobietą. Pozwalać sobie na "kochanie, nie umiem tego zrobić", "kochanie, proszę zrób to bo nie mam tyle siły". Mogłam być pewna siebie i żyć w spokoju, że ja jestem tą słabszą, a on silnym, który trzyma mnie w pionie. Mogłam pozwolić sobie na osłabnięcie, na opuszczenie gardy i po prostu bycie słabiutką kobietką.
Nawet jeśli zrobiłam, czy powiedziałam coś głupiego, uśmiechał się i przytulał mnie. I nie śmiał się ze mnie, nie widziałam w tym wyższości. Po prostu uważał, że to słodkie.
I nie czułam się źle. Nie czułam się źle sama ze sobą.
Nie musiałam codziennie udowadniać, że jestem mądra, silna, niezależna etc.
Mogłam być sobą.
On to wiedział. Wiedział to wszystko, nie musiałam nic udowadniać.
Moje życie odkąd go posiadam stało się pasmem sukcesów. Przede wszystkim w sferze zawodowej, a potem prywatnej.
Nauczyłam się asertywności, braku przymusu i szczerego wyrażenia mojego zdania.
To mi pomogło w pięciu się na szczyt.
Ile może zdziałać jeden ciepły strumień powietrza... :)
Bowiem nikt nigdy nie suszył mi głowy suszarką. I to z własnej woli, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Tak wielkie, że siedziałam z głupim uśmiechem przyklejonym do twarzy i zamknęłam oczy wpadając w błogostan. Dbał by nie suszyć zbyt długo jednego miejsca, by mnie nie poparzyć, trzymał grzywkę by nie wwiała mi się w oczy.
Kiedyś robiło na mnie wrażenie, kiedy facet puścił mnie pierwszą w drzwiach, otworzenie drzwi do auta było równe z cudem a pomoc w założeniu płaszcza o mało nie groził omdleniem. Ale to stało się zwykłe, normalne. Codziennie powtarzane jak mantra, kiedy nawet przy płaszczu wyciągał mi spod kołnierza włosy. Podziwiałam to, ale to nie było dla mnie szokiem. Kultura, szacunek do mojej kobiecości.
Ale kiedy umyłam głowę i powiedziałam, że idę wysuszyć, on po prostu wstał i powiedział "no to chodźmy" i sam podłączył suszarkę i kazał mi usiąść..
Chyba w tej chwili umarłam.
Następnym razem po rytualnym suszeniu wziął szczotkę w dłoń i zaczął szczotkować moje włosy najdelikatniejszymi ruchami na świecie.
Też nie byłam na to gotowa, więc poraz kolejny prawie zemdlałam.
Wyczesał je, odsunął się na pół metra i skwitował "kochanie, masz piękne włosy"
To wybudziło mnie z mojego cudownego świata. Jak moje poszopiałe, wypłowiałe, sianowate włosy moją być piękne?!
I to jeszcze wyczesane prosto po suszeniu, wiecie na pewno jak to wygląda.
Ale nie odezwałam się słowem.
Tak reagowałam na każdy komplement. Milczałam uśmiechając się, bądź czasem dodałam krótkie "dziękuję"
- jesteś piękna
- dziękuję
- jesteś wspaniała
-dziękuję
- masz świetne ciało
- dziękuję
Chociaż za każdym razem miałam milion argumentów, by powiedzieć, NIE, nie jestem. Milczałam.
Pomimo upływu czasu zawsze starałam się dziękować. Byłam zaryczana, według niego byłam piękna. Przecież na chłopski rozum to niemożliwe. Ale on widział mnie inaczej.
I widział mnie tak, jak zawsze chciałam być postrzegana przez osobę, którą kocham.
Czy był to pełny makijaż i nienaganna fryzura, czy jego koszulka i twarz trzy minuty po przebudzeniu - byłam piękna.
Jedyne co- nie wolno było spinać włosów.
Wtedy sam, na początku delikatnym ruchem ściągał mi gumkę z włosów, potem, po czasie robił to ruchem silnym, dominującym. Jak grożący palec - ukażę cię, jeśli będziesz to robić.
A więc potulnie spinałam włosy tylko i wyłącznie do gotowania.
Przy nim stałam się tak spokojna, tak wyluzowana i bezpieczna, że zaczęłam w końcu być i czuć się kobietą. Pozwalać sobie na "kochanie, nie umiem tego zrobić", "kochanie, proszę zrób to bo nie mam tyle siły". Mogłam być pewna siebie i żyć w spokoju, że ja jestem tą słabszą, a on silnym, który trzyma mnie w pionie. Mogłam pozwolić sobie na osłabnięcie, na opuszczenie gardy i po prostu bycie słabiutką kobietką.
Nawet jeśli zrobiłam, czy powiedziałam coś głupiego, uśmiechał się i przytulał mnie. I nie śmiał się ze mnie, nie widziałam w tym wyższości. Po prostu uważał, że to słodkie.
I nie czułam się źle. Nie czułam się źle sama ze sobą.
Nie musiałam codziennie udowadniać, że jestem mądra, silna, niezależna etc.
Mogłam być sobą.
On to wiedział. Wiedział to wszystko, nie musiałam nic udowadniać.
Moje życie odkąd go posiadam stało się pasmem sukcesów. Przede wszystkim w sferze zawodowej, a potem prywatnej.
Nauczyłam się asertywności, braku przymusu i szczerego wyrażenia mojego zdania.
To mi pomogło w pięciu się na szczyt.
Ile może zdziałać jeden ciepły strumień powietrza... :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)